Podcast Ukojenie

S1O11: Mały dorosły – kiedy dziecko musi być opiekunem.

Transkrypcja odcinka

[Mówca 2]
Witaj w podcaście Ukojenia.
[Mówca 1]
Ukojenia to rozmowy o emocjach, relacjach, dorosłości i przemianie, która przynosi ukojenie.
[Mówca 2]
Prowadzą Anna Jera i Maciej Bennewicz. A od niedawna mamy wspólne nazwisko Jera Bennewicz.
[Mówca 1]
Jesteśmy twórcami Metody Psychologia Doświadczeń Subiektywnych oraz kierujemy fundacją
Instytutu Kognitywistyki.
[Mówca 2]
Posłuchaj naszych osobistych rozmów. Z pewnością znajdziesz tu coś dla siebie.
[Mówca 1]
Dzień dobry, witaj. Ukojenia. Nasz podcast to o powrocie do siebie, o obecności bez presji, o
chwili prawdy o sobie i też o takim budowaniu azylu dla siebie.
Anna Jera.
[Mówca 2]
I Maciej Benewicz. Witamy serdecznie w kolejnym podcaście.
[Mówca 1]
A o czym dzisiaj będziemy mówić?
[Mówca 2]
A dzisiaj chcieliśmy pomówić o małym dorosłym, czyli o tym zjawisku, które społecznie
występuje, o parentyfikacji i w związku z tym dziecięcej samotności.
[Mówca 1]
O małym dorosłym albo o dorosłym, który ciągle ma w sobie to dziecko, które było
niezaopiekowane i przyuczone do tego, żeby zajmować się światem dorosłych. Czy dziecko
może być na zbyt dojrzałe?
[Mówca 2]
No właśnie, to temat trudny. Dziecko nie staje się na zbyt dojrzałe, dlatego że ma taki charakter,
tylko najczęściej dlatego, że takie są okoliczności, czyli nie ma możliwości bycia dzieckiem. A
bycie dzieckiem oznacza bycie zaspokajanym w różne potrzeby i zasoby, czyli tym zasobem jest
nie tylko ta materialność, że mamy różne rzeczy, ale też ta zasobność emocjonalna, że ktoś z
nami jest, że ktoś dla nas jest.
A kiedy my musimy stanąć do tego świata, żeby to w nas było, żebyśmy to my się opiekowali, na
przykład tą mamą czy tatę, bo tata nie daje rady, to my musimy się nim zaopiekować, bo mama
jest w depresji, więc musimy ukoić jej ból, to wtedy stajemy się dorosłymi, bo dajemy zasoby.
[Mówca 1]
Czyli parentyfikacja to moment, kiedy dziecko…
[Mówca 2]
Przestaje być dzieckiem.
[Mówca 1]
I staje się dorosłym, opiekującym się swoimi rodzicami. Czy to nie jest przypadkiem trochę
twoja historia?
[Mówca 2]
Zdecydowanie to też moja historia. Czasy trudne dla mojej rodziny, dla mojego rodzeństwa, też
dla mnie samej. Bo zmiany społeczne, które się pojawiały w Polsce, też wywoływały różne
turbulencje także w mojej rodzinie.
No i oczywiście musiałam stanąć do tej dorosłości i bardzo często pełniłam tę rolę matki dla
różnych członków swojej najbliższej rodziny.
[Mówca 1]
Bo ty byłaś najstarszym dzieckiem.
[Mówca 2]
Ja byłam najstarsza, tak.
[Mówca 1]
I jako najstarsze dziecko, mając młodsze rodzeństwo…
[Mówca 2]
Tak, mój najmłodszy brat był 10 lat młodszy ode mnie.
[Mówca 1]
Czyli w jakimś sensie zostałaś też ubrana w tę…
[Mówca 2]
Niezupełnie tak sama się ubierałam, dlatego że widziałam nieporadność i w związku z tym
chciałam, wiesz, zaspokoić tę nieporadność, wypełnić tę lukę, ten brak. I w związku z tym, bo
nikt nie mówił…
[Mówca 1]
Jesteś bardzo delikatna, czyją nieporadność?
[Mówca 2]
Na oczywiście moich rodziców. Mój ojciec był alkoholikiem, on już nie żyje od wielu lat. A moja
matka uwikłana w tę, wiesz, klasyczną rolę kobiety, która jest przede wszystkim matką, czyli
opiekuje się, pierze, gotuje, sprząta i też pracuje oczywiście na etacie, sprawiało, że ktoś tymi
dzieciakami, czyli tym młodszym rodzeństwem musiał się zająć.
Ja zresztą o swoim rodzeństwie nie mówię inaczej kiedyś, niż dzieciaki, nie?
[Mówca 1]
Dzieciaki, tak. Czyli ty byłaś…
[Mówca 2]
Ja byłam wyłączona z dzieciaków.
[Mówca 1]
Ty byłaś trzecią dorosłą, tak? Trzecią dorosłą w tej rodzinie.
[Mówca 2]
Tak się ustawiałam.
[Mówca 1]
Tak się ustawiałam, tak ciebie ustawiano.
[Mówca 2]
No i tak też ustawiano mnie, no nieświadomie.
[Mówca 1]
To jest bardzo często w rodzinach też o korzeniach ludowych, tak? Dzieci mają się sobą
opiekować. Mamy wielodzietne rodziny, gdzie starsze dzieci widzimy czasami na wsiach, czy w
miasteczkach jeszcze dziś.
Idą z tym wózeczkiem, tak? Albo idzie jakaś tam dziesięciolatka z wózeczkiem i tam jest jej
braciszek i druga siostrzyczka idzie przy wózeczku. To jest ten obraz, kiedy kolejne starsze dzieci
mają się opiekować młodszymi.
Ale bywa też to w rodzinach miejskich, czy w rodzinach nawet klasy średniej, kiedy córeczka ma
być najlepszą przyjaciółką mamusi.
[Mówca 2]
Bo najlepiej rozumie jej rozterki.
[Mówca 1]
Kiedy synek ma być lepszym mężczyzną niż jej partner. To jest też moje doświadczenie. Kiedy
moja mama, też nieżyjąca, już mówiła Och, ja zawsze chciałam mieć takiego męża jak ty.
Takiego wysokiego, takiego mądrego. No i oczywiście ja coś musiałem jako dziecko z tym robić.
No bo mój ojciec gdzieś tam był obok w pokoju, czy funkcjonował w tej rodzinie.
I ja słyszałem komunikat od matki No nie jestem szczęśliwa, nie jestem zadowolona, nie jestem
spełniona w tym związku z twoim ojcem. Ty byłbyś lepszym dla mnie partnerem, mój synku. Co
to robi dziecku, kiedy ma być opiekunem, przyjacielem, wspierającym, nie wiem tam,
wychowawcą dla swoich rodziców, najlepszą koleżanką, albo lepszym mężem, czy partnerem
dla swojej mamy.
[Mówca 2]
Przede wszystkim chcemy jako dzieci uratować tych rodziców, żeby mieć rodzinę, czyli żeby oni
nas potem uratowali. Czyli dali nam różne zasoby, możliwości, bo kiedy oni będą uratowani, to
na pewno zajmą się nami. To oczywiście błędne koło, bo tak się nie staje.
[Mówca 1]
Czyli to jest analiza dorosłe dziecko z rodziny dysfunkcyjnej, albo dorosłe dziecko alkoholika, w
którym momencie zaczyna rozumieć, że musi uratować swojego rodzica.
[Mówca 2]
Żeby samo było uratowane.
[Mówca 1]
Bo jeśli uratuje rodzica, to być może ten rodzic mnie pokocha, zauważy, zajmie się mną, da mi
wsparcie.
[Mówca 2]
Da mi te zasoby, które powinnam jako dziecko dostać. No ale oczywiście tak się nie staje, więc
to dziecko jeszcze bardziej często się stara, żeby tego rodzica uratować, uzdrowić, uleczyć, żeby
on w końcu stanął do tej dorosłości. Bardzo często te rodzice sami nie zostali odpowiednio
wyposażeni, więc mają swoje deficyty.
I w związku z tymi deficytami wchodzą w swoje rodzicielstwo. Oczywiście sytuacja się powtarza,
czyli w kolejnym pokoleniu mamy te deficyty, no bo nie zostaliśmy…
[Mówca 1]
I co się dzieje z takim dorosłym, który ma w sobie sparentyfikowane dziecko?
[Mówca 2]
To jest wiecznym rodzicem. Czyli wiecznie pełni rolę dawcy. No bo rodzic ma zasoby.
Powiedzmy o tym jeszcze. Czyli pozycja rodzica to jest pozycja tego mającego zasoby, różnego
rodzaju zasoby. Czyli te materialne i te psychologiczne, które sprawiają, że on może zadbać o to
dziecko, ale nie mając zasobów materialnych i psychologicznych, nie będzie w stanie dobrze
zaspokoić potrzeb swojego dziecka.
I teraz, kiedy ten rodzic nie spełnia tej funkcji, bo sam jest na pozycji dziecka, no to dziecko
wchodzi w pozycję rodzica i stara się mieć te zasoby. Czyli daje to, co ma. Najczęściej swoją
pracę.
Bardzo często za darmo. Słyszałam od naszych pacjentów przecież takie historie, kiedy ktoś
pracuje w biznesie rodziców za darmo, dlatego że jest po prostu takim trochę niewolnikiem. Tak
należałoby to nazwać, bo musi pomóc.
[Mówca 1]
I możemy sobie zadać pytania kontrolne, jako dorośli. Czy często bierzesz odpowiedzialność za
innych? Czy trudno ci prosić o pomoc i właściwie jesteś jakimś permanentnym dawcą?
Czy jesteś robiącym, robiącą relację? Takim robicielem. Ja nazywam takie osoby robicielami.
[Mówca 2]
Bez oczekiwań daję, bo muszę stworzyć.
[Mówca 1]
I robię relację. Czyli zadbałam, stworzyłam, odezwałam się, wyprałam, posprzątałam, opiekuję
się, przytulę, uciszam, robię relację i nagle mam takie poczucie, że jak przestanę robić tę relację,
to ona zniknie, rozpadnie się. Jak już nie zadzwonię do kolegi, do przyjaciela, do znajomej, do
koleżanki, to ona nie zadzwoni przez tydzień, przez dwa.
No to ja muszę zadzwonić, to muszę zaprosić na imieniny, to muszę pogadać, to muszę się
spotkać. Ale jak nie wykonam tego działania, to relacji nie ma.
[Mówca 2]
Jest jeszcze jedna ważna rzecz. Ponieważ takie dziecko jest w pewnym sensie wytrenowane,
wytresowane do nieustającej pracy. Czyli przywykło do tego, że musi robić, a skutkiem
robienia jest to, że nieustannie jest zajęte, zapracowane.
No bo robi to, co należy do dziecka, czyli chodzi do szkoły, uczy się, stara się też jakoś
wynagrodzić, również często swoimi stopniami. Tak było też w moim przypadku, że ja uczyłam
się też, bo miałam poczucie, że dzięki temu będę jeszcze lepsza. I w związku z tym jest cały czas
w takiej sekwencji pracy.
I potem jako dorośli my nie potrafimy odpoczywać, my jesteśmy ciągle w pracy. Bo ciągle
musimy coś zrobić.
[Mówca 1]
Bo dorosły robi. Robiciel, robicielka muszą być silni. No bo jak mama jest chora, jak mama jest
zajęta, jak tata się napił i jest nieobecny, albo odsypia jakiegoś kaca, to robiciel musi zrobić to za
nich.
Ale musi też być silny, ponieważ okazanie słabości jest zagrożeniem. Jest zagrożeniem?
Dlaczego?
[Mówca 2]
Bo rozpadnie się rodzina, bo ja muszę to dźwignąć. Ja muszę stać na baczność, na straży tej
rodziny, na straży tych emocji, które w tej rodzinie występują, na straży tych materii, tej
materialności, która jest, żeby było ugotowane jedzenie na przykład.
[Mówca 1]
Więc dorosłemu, który wyrósł z dziecka, które zostało sparentyfikowane, to jest taki dorosły,
który nie ma kontaktu z tym dzieckiem w sobie, z tym dzieckiem, które ma prawo do błędów, z
tym dzieckiem, które ma prawo czegoś chcieć, z tym dzieckiem, które ma prawo się cieszyć, z
tym dzieckiem, które ma prawo brykać, fikać, żartować.
[Mówca 2]
Czegoś nie potrafić, z czymś sobie nie radzić.
[Mówca 1]
To dziecko zostało stłumione, zostało zahukane, albo nigdy się nie rozwinęło. Nigdy nie
rozwinęło swoich skrzydeł i w pełni nie mogło żyć, cieszyć się, eksperymentować, bawić, biegać,
dlatego, że cały czas musiało być dorosłym.
[Mówca 2]
I im wcześniej to się zaczęło, bo różnie się nasze losy toczą, czyli jeśli nie mieliśmy w ogóle
takiego momentu, bo na przykład od trzeciego roku życia, a zdarzało się takie historie naszych
pacjentów, którzy opowiadali o tym, że sami mieli 3 lata, ale musieli się opiekować młodszym
bratem. Czyli mama szła do pracy i ta 3-latka zostawała z malutkim bratem na 8 godzin. Czyli od
trzeciego roku życia była rodzicem, zastępczym dla swojego brata.
Więc jeśli tak wcześnie to się też wydarza, to my w ogóle nie mamy kontaktu z tym
wewnętrznym dzieckiem. My nie potrafimy się bawić, spontanicznie cieszyć, być w radości, bo
my ciągle byliśmy w pracy.
[Mówca 1]
No dobrze. I co możemy jako dorośli z tym zrobić, żeby uwolnić się od tej presji dorosłego
dziecka, biorącego odpowiedzialność za swoich rodziców? Często to oczywiście ma miejsce cały
czas, że rodzice mają lat 60, 70, 80 i ta córka, czy ten syn opiekuje się rodzicami teraz już w
pełni, ale oczywiście w taki sposób.
[Mówca 2]
Nadzieja też pozostaje, że jednak w końcu nas pokochają, tak jak dziecko.
[Mówca 1]
Więc tam jest jeszcze jeden czynnik taki, który powoduje, że my, dorosłe dzieci, wyrosły ze
sparentyfikowanych maluchów, wiecznych opiekunów swoich rodziców, ciągle mamy nadzieję,
że ten 60, czy 70, 80-letni ojciec, czy matka powiedzą, tak, jesteś wspaniała, jesteś okej, kocham
ciebie, jesteś wystarczająco dobra. Przeciwnie. Często mamy takie doświadczenie, że ten
starzejący się rodzic ciągle jest narzekający, krytyczny, depresyjny, kontrsugestywny i on będzie
mówił, no a po coś ty tu przyszła, a czemuś ty mi nie zrobiła, a czemu ty się z tym Jurkiem
związałaś, a z tym Krzysiem, albo ty z tą Mariolą.
Często ci rodzice nie odrobili swojej lekcji, nie wykorzystali możliwości, zdolności, które daje
coaching, terapia, czy książki. Pozostali tymi sfrustrowanymi, dorosłymi, którzy ciągle oczekują
opieki także od swoich dzieci, a teraz dzieci mają po lat 40 czy 50.
[Mówca 2]
A wiadomo, że dziecko prawem jest kapryszenie, marudzenie, więc rodzice, nominalnie nasi
rodzice, a psychologicznie dzieci właśnie to robią.
[Mówca 1]
I w ukojeniach, bo jesteśmy w ukojeniach. Co my, dorosłe dzieci swoich rodziców,
sparentyfikowane, możemy zrobić, żeby poprawić jakość swojego życia, żeby wyjść z tej pętli.
Ratuję innych, żeby samemu być uratowanym.
[Mówca 2]
Przede wszystkim potrzebujemy skontaktować się z własnym, wewnętrznym dzieckiem. Moja
praca nad sobą też zaczęła się od tego, że ja uznałam po pierwsze różne swoje emocje, bo
oczywiście dorosły, jeszcze jedna ważna rzecz, dorosły nie powinien się złościć, w związku z tym
jako dziecko odcinasz sobie tę część. Jaką?
Emocjonalną, czyli ja nie dawałam sobie prawa do złości, ja musiałam różne rzeczy dźwignąć i
nie miałam przestrzeni na złoszczenie się, bo to wypalało moją energię, więc ją musiałam ciągle
robić, ciągle tą złość tłumiłam. I zaczęłam pracę od takiego spotkania się z szerokim wachlarzem
swoich emocji, odcienie tej złości, zaczęłam to rozumieć, czyli zaczęłam kontaktować się z tą
wewnętrzną dziewczynką. Ja jeszcze mam, w mojej biografii jest tak, że ja do szóstego roku
życia miałam ten rodzaj beztroski, która jest charakterystyczna dla dziecka, więc stosunkowo
łatwo było mi nawiązać ten kontakt, bo te sześć lat dały mi tą przestrzeń wolności, radości,
spontaniczności dziecka i miałam do czego wrócić, ale część z nas nie ma tego okresu albo
bardzo mało pamięta z tego okresu.
Ja ze swojego dzieciństwa stosunkowo dużo pamiętam, więc miałam do czego wracać, ale
wracałam i tam ładowałam te baterie, czyli tam sobie przypominałam kim byłam, zanim stałam
się smutną dorosłą, bo tak postrzegałam dorosłość kiedyś, czyli żeby być dorosłym. Jak
skończyłam osiemnaście lat, to od razu weszłam w taką pozycję poważnej, smutnej, zero
wariactwo.
[Mówca 1]
Czyli potrzebujemy zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze, dać miejsce dziecku w sobie, ukochać,
uszanować dziecko w sobie, po to, żeby to dziecko mogło rozkwitnąć w nas naturalnością,
spontanicznością, radością. I druga rzecz, którą potrzebujemy zrobić, to uznać, że ja mogę i
chcę być dorosły dla siebie, nie dla innych.
[Mówca 2]
I taka opieka, ta zdolność do zaopiekowania się tą wewnętrzną dziewczynką czy tym
wewnętrznym chłopcem jest czymś, czego potrzebujemy się nauczyć. Czyli najpierw zbudować
kontakt, a potem zdolność do opiekowania się.
[Mówca 1]
I teraz ta strzałka, która zawsze była na zewnątrz. Ja muszę zadbać, ja muszę się postarać, ja
muszę być grzeczny, ja muszę dopilnować matki, ja muszę, nie wiem, pomóc ojcu wyjść z kaca.
Ja muszę ojca, jeden z naszych klientów niedawno powiedział, ja muszę ojca pijanego
doprowadzić do domu.
I z jednej strony to był mój obowiązek, a z drugiej to był mój wstyd, bo cała wioska widziała, jak
ja pijanego ojca malutkich, drobniutkich chłopaczek prowadzę do domu, żeby gdzieś tam nie
leżał w rowie na przykład. I teraz ta strzałka szła na zewnątrz. Teraz ona musi wrócić tu z
powrotem do mnie i powiedzieć, teraz ja potrzebuję zadbać o siebie.
[Mówca 2]
Bo tą zdolność mamy świetnie wytrenowaną.
[Mówca 1]
Ja muszę teraz zadbać o siebie. Dlaczego? Bo potrzebuję być dorosłym dla siebie, który potrafi
zadbać o siebie, ale żeby móc to zrobić, ja potrzebuję wrócić do dzieciństwa, do dziecka.
No i teraz ukojenia. Jak możemy tutaj zbudować ukojenia?
[Mówca 2]
Jak możemy zbudować ukojenia, czego my potrzebujemy? Czyli to, co mi bardzo też pomagało,
nawiązanie relacji ze sobą, czyli sprawdzić, co ja właściwie lubiłam robić, co mi dawało, co mnie
ładowało. Bo zobacz, kiedy ja nie zadbam o siebie, nie naładuję swoich baterii na różne
sposoby, bo mam bardzo wąski repertuar tego ładowania, nie znam, nie potrafię tego, nie
rozpoznałam tego, to podładuje się, to jest jak telefon, podładuje go tylko troszkę.
Jak mam dobrą, mocną ładowarkę, to to ładowanie jest szybkie, ale dobra, mocna ładowarka
oznacza, mam wiele sposobów ładowania. Kiedy tego nie potrafię robić, nie rozpoznałam, to
bardzo szybko wyczerpuję swoje zasoby i czujemy się przeciążeni, zmęczeni, przytłoczeni swoim
życiem. Ale kiedy potrafię to rozpoznać, wiem, co mnie ładuje, co mnie cieszyło.
Tamtą dawną Anię, tamtą kiedyś radosną dziewczynkę, co ją cieszyło i dziś potrafię różne
warianty tego zastosować, to ładuję swoją energię i mogę potem też dawać.
[Mówca 1]
Czyli te dwie rzeczy potrzebuje zrobić w takim prostym ćwiczeniu. Usiądź, zamknij oczy.
Przywołaj obraz siebie.
Małej Ani, małej Marioli, małej Joli, małej Dominiki, małej Kasi, małego Maciusia, małego Krzysia,
siebie małego. Wyobraź sobie w swojej wyobraźni, że stajesz naprzeciwko siebie małej i
powiedz, cześć Maciusiu, cześć Krzysiu, cześć małe ja, cześć mała ja. I chcę dzisiaj zrobić dwie
rzeczy.
Po pierwsze chcę ci powiedzieć, że jestem tu po to, żeby się tobą zaopiekować. Dziś ja jestem
dorosły, mogę zaopiekować się tobą małym, małym dzieckiem w sobie, małym tobą. To ja
jestem dorosły.
Teraz ja mogę spełniać wszystkie twoje życzenia i pragnienia. Ale druga rzecz, a właściwie
pierwsza, to chcę posłuchać ciebie. To tobie zawdzięczam dzisiejszą swoją pozycję i postawie.
Tobie małemu, tobie małej zawdzięczam dzisiejszą siebie, dzisiejszego siebie. I dlatego chcę
ciebie posłuchać. Czego potrzebujesz?
Ty pięcio, sześcio, siedmio, ośmioletnia, czego potrzebowałaś wtedy? Nazwij to. Ja, też dziecko
sparentyfikowane, ciągle odpowiedzialne za moją matkę, która chorowała, która była
nieszczęśliwa.
Nie mogłem być dzieckiem radosnym, bo kiedy matka chorowała, musiałem chodzić na palcach.
A matka chorowała, tak się to wtedy nazywało, chorowała na różne dolegliwości
psychosomatyczne. A potem, dopiero kiedy byłem starszy, odkryłem i dowiedziałem się, że tak
naprawdę chorowała na depresję, chorowała na nieszczęśliwe życie.
Więc czego ja potrzebowałem? Ja potrzebowałem radości i potrzebowałem miejsca dla siebie w
tej rodzinie. To jest niesłychanie ważne.
Dzieci, które musiały być przedwcześnie dorosłe, nie miały naturalnego miejsca w rodzinie,
miejsca przynależnego dziecku, dziecku, które dostaje miłość bezwarunkową, spontaniczność,
radość. Ja potrzebowałem zgody na to, że jestem naturalnym, spontanicznym, wesołym
dzieckiem. Czasami sobie myślę o sobie, że byłem takim fajnym, wesołym, radosnym
maciusiem, którego radość zabijała rodzina.
Zabijali dorośli. Więc kiedy dziś sobie wyobrażam, że staję naprzeciwko tego małego maciusia,
mówię do niego, OK, ja dziś jestem dorosły i mogę się tobą zaopiekować, ale też chcę usłyszeć
od ciebie, czego potrzebowałeś. I on mi mówi, potrzebowałem radości, potrzebowałem tę swoją
radość, fajność, spontaniczność, móc uzewnętrznić i móc doświadczyć aprobaty.
Taki jesteś OK, taki radosny, spontaniczny, fajny, zabawny mały maciuś. Tego potrzebowałem. I
dziś mogę powiedzieć, to mogę ci dać.
A zatem ukojenia. Siądź, zamknij oczy, spotkaj się z dzieckiem w sobie, z tą małą, z tym małym.
Powiedz cześć.
I powiedz dwie rzeczy. Chcę ciebie posłuchać, czego potrzebowałeś. I mogę ci dać.
Mogę być dzisiaj dorosłym. Ty już nie musisz. Ukojenia.
Podcast Anny Jera i Macieja Benewicza Fundacji Benewicza Instytutu Kognitywistyki.
Zapraszamy cię do kolejnych odcinków ukojeń. Bo ukojeń potrzebujemy.
Potrzebujemy uspokoić swoją duszę, zbudować równowagę wewnętrzną. Potrzebujemy spotkać
się ze sobą w bezpiecznym azylu, zamiast nieustanej gonitwy i presji. Ukojenia.
Zapraszamy na kolejne spotkanie.
[Mówca 2]
Do zobaczenia i do usłyszenia.
[Mówca 1]
Dziękujemy, że słuchasz podcastu ukojenia. Że jesteś z nami w czasie tych szczególnych,
osobistych rozmów.
[Mówca 2]
Jeśli zainteresował ciebie ten odcinek, zapraszamy na naszą stronę. Znajdziesz tam ćwiczenie i
dodatkowe materiały do pobrania oraz wartościowe treści na stronie www.instytutbenewicz.pl
w zakładce podcast.
[Mówca 1]
Zapisz się także na nasz newsletter. Otrzymasz dostęp do narzędzi rozwojowych oraz informacji
o kursach.
[Mówca 2]
A jeśli chcesz nam pomóc dotrzeć do osób, które również mogą potrzebować ukojenia,
zasubskrybuj podcast, zostaw ocenę i poleć go bliskim.
[Mówca 1]
To dla nas naprawdę ważne. Dzięki Tobie ta przestrzeń może się rozwijać.
[Mówca 2]
Zasługujesz na ukojenie, na głęboką, prawdziwą równowagę i wewnętrzny spokój.
[Mówca 1]
Do usłyszenia

Bądź na bieżąco z podcastem Ukojenie!